Aktualności Szkolenia Sekcje AZM Nasz Sprzęt Galeria Kontakt

Szybownicy AZM na zawodach w Stalowej Woli
Stalowa Wola przywitała nas niezbyt dobrą pogodą i pierwsze dwa dni spędziliśmy na ziemi czekając na jej poprawę.

Trzeciego dnia pojawiły się cumulusy i w końcu udało nam się wystartować do konkurencji - prawie 270km. Startowałem z ostatniego rzędu, do tego miał się na nas nasuwać cirrus tłumiący termikę, więc po wyczepieniu i wykręceniu sufitu od razu ruszyłem na trasę. Podobnie zrobiło wiele innych zawodników. Odchodziłem razem z Barszczem, ale uciekł mi już po kilku kilometrach. Szybko wyszedł na czoło całej stawki i tak leciał całą konkurencję wygrywając ją :). Mi pierwszy bok poszedł bardzo słabo. Nie mogłem trafić żadnego dobrego komina, a widziałem że szybowce lecące bardziej południem wznoszą się dużo szybciej. Lot zygzakiem w poszukiwaniu noszeń szedł bardzo wolno. Myślałem że resztę lotu spędzę na bezchmurnej, ale w końcu doczłapałem się do lepszych chmurek mocno po lewej od kreski. Pozostały lot do pierwszego punktu był przyjemniejszy, ale po nawrotce znowu czekał nas bezchmurny obszar. Część szybowców poleciała po starych chmurach południem, część po nowych kłakach północą. Ja spotkałem się z Jebliwym i zdecydowaliśmy się lecieć po kresce bez chmur. Kilka szybowców poleciało za nami. Niestety nie mogliśmy trafić nic dobrego i zeszliśmy nisko, wykręcaliśmy się w słabych kominach. Przed nami ciągle widoczne były małe chmurki, ale gdy do nich dolatywaliśmy zanikały. Byliśmy tam trochę za późno, a cirrus który nasunął się górą mocno wytłumił noszenia. W końcu dolecieliśmy do lepszych warunków nad Biłgorajem. Jazda pod chmurami do drugiego punktu i powrót w to samo miejsce były całkiem szybkie, ale pozostałą część trasy do domu znowu była bez chmur. Tu rozstaliśmy się z Jebliwym - on poleciał po kresce do kłaków, ja zdecydowałem się na ładniejsze chmury na północy. Niestety zanim do nich doleciałem obie chmury się rozpadły. Na trasie do domu miałem kilka kłaków i leciałem z nadzieją, że wykręcę pod nimi dolot. Niestety każdy z nich dawał tylko 0,5m/s (pod wiatr). Ostatni nie dał nic i zdecydowałem się z 30 kilometra i 800 metrów lecieć w kierunku lotniska z dużą szansą na lądowanie w polu. Udało mi się przeciąć linię mety (3km od lotniska) i wylądowałem w polu kilkaset metrów przed krawędzią lotniska - zabrakło mi kilka metrów wysokości. Wynik niezbyt dobry, ale na szczęście dostałem punkty za prędkość, w przeciwieństwie do 25 zawodników lądujących dalej w polach.

Dzień później ponownie udało nam się rozegrać konkurencję - obszarówka 1,5 godziny. Niestety nie było żadnych cumulusów, więc ponad 50 szybowców czekało na linii startu aż pierwsi odważni odejdą w trasę. Ja odszedłem w miarę wcześnie i szybko spotkaliśmy się z Barszczem, Lesiem i Kołodziejem. Pierwszy bok poszedł sprawnie, Lesiu trafił bardzo ładny komin, więc dogoniliśmy szybowce z przodu. Niestety nie mieliśmy łączności radiowej, więc współpraca była ograniczona. Barszczu wyrwał do przodu więc większość pozostałej trasy spędziłem z Lesiem i Kołodziejem. Na drugim boku zeszliśmy niżej nad teren, ale w drugiej strefie udało nam się odzyskać wysokość. Kolejny bok był słaby, dogonił nas wielki peleton, który płycej zrobił drugą strefę. Gdy się połączyliśmy krążenie w takiej masie szybowców było bardzo trudne i nieefektywne. Na szczęście przed trzecią strefą zaczęło nosić lepiej. Po odzyskaniu wysokości dotknąłem tylko trzecią strefę, podkręciłem do 1200 metrów i ruszyłem na dolot z 35 kilometra pod wiatr, zdziwiony że Discusy i LS8 nadal krążą na mojej wysokości. Jak się później okazało miałem wpisaną biegunową Jantara 2B (na którym latałem przed zawodami) - stąd moje optymistyczne nastawienie do dolotu. Na szczęście po drodze były podtrzymania i udało mi się spokojnie dolecieć. Wynik trochę lepszy i podniósł moje miejsce w tabeli.

Kolejne 2 dni spędziliśmy na ziemi w ponad trzydziesto stopniowych upałach. Rano szykowaliśmy szybowce, ciągnęliśmy je na grid, potem pod prysznic lub do basenu, który Juniorzy mieli koło namiotów. Resztę czasu czekaliśmy w cieniu, gdy część zawodników smażyła się na gridzie. Gdy sonda spadła już odpowiednią ilość razy i konkurencja była odwołana zabieraliśmy szybowce z grida i jechaliśmy na obiad/ryby/jezioro/basen.

Następnego dnia scenariusz wyglądał podobnie z tą różnicą, że po odwołaniu konkurencji w kierunku lotniska podchodził wałek wzdłuż którego ułożył się ładny szlak chmur. Stęsknieni za lataniem zdecydowaliśmy się wykorzystać okazję i wykręcić się na tym wałku. Niestety holował tylko jeden samolot, a wałek przemieszczał się z prędkością 30km/h. Jebliwy znalazł się pod nim zanim wałek doszedł do lotniska, Barszczu startował jak wałek był nad nami, natomiast mnie holówka musiała zaciągnąć 10 kilometrów z wiatrem żebyśmy dostali się na jego czoło. Niestety noszenia były bardzo poszarpane, a wiatr z dużą prędkością odnosił mnie od lotniska. Po wykręceniu się na około 1500 metrów gdy byłem już 25km od domu zdecydowałem się na powrót pod silny wiatr. Termika za wałkiem nie pracowała i po powrocie nad lotnisko zrobiłem długiego kosiaka i wylądowałem. Chłopacy też zrobili kosiaki krótko po mnie i tak zakończyliśmy dzień lotny :).

Dzień później pogoda w całej Polsce była cudowna. Meteorolog planował to samo dla nas, ale niestety się nie spełniło. Sonda ponownie nie mogła się wykręcić. Czekaliśmy długo na starcie, aż w końcu przed godziną 15 pogoda pozwoliła na starty do konkurencji obszarowej 1,5 godziny. Warunki w rejonie linii startu nie były rewelacyjne i zaraz po jego otwarciu zdecydowałem się na odejście - do podstawy brakowało mi jakieś 300 metrów, ale nie było w czym się wykręcić. Podobnie zrobiło wiele szybowców, ale już po pierwszym kominie nasze drogi się rozeszły. Prawie wszyscy polecieli pod ładnie wyglądającym szlakiem mocno na północ. Ja w pogoni za Discusami zdecydowałem się lecieć bardziej w kierunku północnej krawędzi obszaru. Po długim przeskoku trafiliśmy całkiem niezły komin. Podczas zawracania w strefie spotkałem się na tej samej wysokości z peletonem, który leciał północą. Trasa do drugiego obszaru szła po ładnych chmurach, które niestety skończyły się 10 kilometrów przed strefą. Po dotknięciu strefy wróciłem pod te same chmury i odzyskałem wysokość. Dalej pogoda była całkiem niezła, ale po zaliczeniu ostatniej strefy chmury się skończyły i ponownie cały dolot 45 kilometrów odbył się bez noszeń. Na szczęście niewielki zapas jaki miałem wystarczył aby bezpiecznie dolecieć do lotniska. Ponad 20 zawodników nie miało tyle szczęścia i lądowali w polach. Tego dnia osiągnąłem dobry wynik - trzecie miejsce, co przesunęło mnie w łącznej klasyfikacji na 11 pozycję (na 53 zawodników).

Przez kolejne dwa dni pogoda ponownie uniemożliwiła nam latanie i w ten sposób Mistrzostwa Polski w klasie 15m zakończyliśmy 25 sierpnia 2012 roku.
tekst i zdjęcia Łukasz Kornacki
Wspierają nas
Zobacz nas na
Polecamy

Wojciech Bógdał
Facebook
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Chcesz porozmawiać na forum?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło